W 5. kolejce Ekstraklasy wielu rannych, niewielu piłkarsko uśmierconych, ale jak już przyszło do porażki - to była ona spektakularna: albo poprzez jej rozmiary, albo emocjonujący come-back. Świetny jest Ajdin Hasić, który znów notuje fantastyczny początek sezonu. Zachwycał rok temu - niestety, jego świetną formę wyhamowała kontuzja. Na szczęście nie ma po niej śladu, przynajmniej w grze skrzydłowego "Pasów", bez którego nie byłoby tak ofensywnej Cracovii, a być może i pierwszych zwycięstw Bartosza Grzelaka na ekstraklasowej ławce. Hasić i spółka oddali w sumie 87 strzałów - to drugi wynik w lidze. Wykreowali 9.00 xG - to natomiast trzeci rezultat w Ekstraklasie.
Jak na zespół, który w trzech pierwszych kolejkach nie strzelił gola, to całkiem niezłe ofensywne osiągnięcia. A sam Hasić odwrócił wynik pierwszych krakowskich derbów, bramkami na 2:2 i 3:2 w końcówce spotkania. Emocje przy tym powrocie Cracovii były tak ogromne, że udzieliły się Wojciechowi Kwietniowi i Sławomirowi Peszce, którzy podziękowali za pracę Kazimierzowi Moskalowi. Fajny awans, miła dla oka, ofensywna gra - przy słabej defensywie, wielu straconych golach, niewielu zdobytych punktach i szybkiej utracie pracy po rozpoczęciu nowego sezonu. Typowy Moskal, którego znali dwukrotnie kibice Łódzkiego Klubu Sportowego, a teraz "do trzech razy sztuka" powiedziała Wieczysta.
Jeszcze mroczniej przy tym brzmi odpowiedź dyrektora Peszki w Lidze+ Extra, gdzie z rozbrajającą szczerością w "Pomidorze" przyznał, że Moskal nie dokończy sezonu. Nie uratował dawnego pomocnika, mistrza Polski z Lechem Poznań czy Wisłą Kraków, nawet efektowne prowadzenie 4:0 w Gliwicach i hat-trick Christensena, który pod nieobecność "dziewiątki" grał tą fałszywą, i to całkiem-całkiem, wymieniając się na tej pozycji z Lucasem Piazonem. Ale te jedyne trzy punkty w czterech pierwszych meczach, idące w parze z obecnością w strefie spadkowej, zakończyły się pierwszym ekstraklasowym zwolnieniem w nowym sezonie. To może być pierwsza kostka domina, która strąci jeszcze kilka klocków w tej rundzie.
Bo czy pewny posady może być Adam Majewski, nawet jeśli dopiero ją objął, skoro ma dziś tylko jeden punkt więcej od Wieczystej, a właśnie przegrał 0:5 w Katowicach? GKS jest pucharowiczem, w tym spotkaniu "Nafciarze" zdominowali posiadanie piłki i wymienili prawie dwa razy więcej celnych podań, niezłe zawody rozgrywali długo Sangre czy Kun, ale jednocześnie - jako zespół - zostali zmiażdżeni. GieKSa strzelała jak zespół jakościowy, Wisła - jak ambitny, zaangażowany, ale potrafiący niewiele uczeń. Klucze do Hamulicia gdzieś się zgubiły przy Reymonta w Krakowie, bo na Nowej Bukowej znów irytował nieskutecznością. Imponował natomiast Bartosz Nowak, który trzema asystami mocno przełożył się do tej deklasacji.
Niby nic dziwnego, ale dośrodkowanie z rzutu rożnego do Pau Resty, to jak wyłożył bajecznie do pustej Szkurinowi, to jak obsłużył przy debiutanckiej bramce Kokosińskiego… Klasa. Po prostu: klasa. Jeśli chodzi o zwycięzców, to by było na tyle. Pozostałe pięć spotkań zakończyło się podziałami punktów. Zremisowała Korona Kielce z Motorem Lublin, gdzie obie drużyny dały sobie po jednym strzale "z dyńki". Eksperci w tym rzemiośle znów dali o sobie znać: Mariusz Stępiński ubiegł Bartosza Bereszyńskiego, a wracający do zdrowia Ivo Rodriguez świetnie dośrodkował na czoło Karola Czubaka.
Kolejny sobotni gol napastnika to również uderzenie z powietrza - i również od specjalisty w tym fachu, bo wynik meczu Piasta Gliwice z Legią Warszawa otworzył Łukasz Zjawiński. "Jeżeli chodzi o samo spotkanie, graliśmy z aktualnie najlepszą drużyną w Polsce, wielkim klubem, który odbudowuje swoją pozycję. W każdym meczu ten zespół wygląda coraz lepiej. Przyjechał do nas, a ja nie miałem poczucia, że moja drużyna jest słabsza", powiedział po meczu trener Daniel Myśliwiec. I abstrahując od słów, kto faktycznie jest teraz najlepszy - mówią, że tabela nie kłamie - to oglądając ten mecz miałem podobnie wrażenie: że Piast od Legii słabszy nie jest.
Legia była jak w Kielcach: zremisowała ze wskazaniem na rywala, który przypadkowo, ale zasłużenie wywalczył punkt w 95 minucie. Ale najważniejsza walka w tym meczu toczyła się na trybunach. Na szczęście, próba reanimacji kibica zakończyła się powodzeniem, a spotkanie po godzinnej przerwie mogło być dokończone. Gdybym miał powiedzieć o indywidualnościach, to podobał mi się Ribas na stoperze, a także Vallejo i Sanca na skrzydłach. W Legii całkiem nieźle radził sobie Augustyniak, ale swój występ spuentował niefortunnie zablokowanym strzałem. Oczywiście - głową! Cztery razy z rzędu piłka w Ekstraklasie wpadła do siatki właśnie od tej części ciała. Raz nie do tej, której trzeba.
Imponujące było natomiast to, jak na czerwoną kartkę w ostatnim sobotnim meczu zareagował Widzew Łódź. Śląsk Wrocław uderzał głową w pięcioosobowy mur, utworzony po zejściu Przemysława Wiśniewskiego już w 7. minucie. W dodatku ten mur odpowiadał wystrzeliwanymi cegłówkami prosto z Hiszpanii: Mario Garcia dobił strzał Angela Baeny, który swoją bramkę strzelił w drugiej połowie na 3:1, a wcześniej do siatki trafił jeszcze Fran Alvarez. Stracić trzy gole, na własnym stadionie, grając niemal cały mecz w przewadze? Nie dziwię się Ante Simundzy, który po meczu stwierdził: "Nasza postawa w pierwszej połowie była na niskim poziomie. Byłem tym zaskoczony. Dawałem piłkarzom wskazówki, jak powinniśmy grać po czerwonej kartce.
Piłkarze tracili głowę, tracili swoje pozycje. Chcieli robić za dużo rzeczy za szybko". Śląsk był jak wywiad Grzegorza Tomasiewicza - jednocześnie sympatyczny i smutny. Fajne widowisko, ale jednak stracone dwa punkty. Chociaż ten pościg, odrobienie dwubramkowej straty, zdobycie kolejnej bramki z minimalnego spalonego, forma Piotra Samca-Talara - gdyby to się skończyło happy-endem, to kibice długo po ostatnim gwizdku biliby brawa swoim ulubieńcom. Ale wychodzili z poczuciem ulgi, że nie skończyło się "dzwonem", bo w ostatniej akcji Widzew powinien wykonywać rzut karny. Faul na Emilu Kornvigu był ewidentny. Nie wiem, dlaczego nie interweniował VAR. PZPN już przyznał się do błędu, ale to punktów Widzewowi nie zwróci.
We Wrocławiu sześć bramek, w Radomiu - żadnej. Ale Radomiak chyba po ostatnim meczu na Łazienkowskiej ma ich dość. Bezbramkowy remis z Zagłębiem, które miało niezły pierwszy kwadrans i było nieco lepsze w drugiej połowie, to jednak jest punkt. Cenny, bo przecież przed pierwszym gwizdkiem Radomiak przegrał pięć z sześciu ostatnich spotkań. Tu udało się powstrzymać Marcela Regułę - młody napastnik "Miedziowych" miał dobrą sytuację z głowy, ale do Stępińskiego, Czubaka i Zjawińskiego nie nawiązał. Na koniec mieliśmy ciekawe widowisko w Szczecinie, gdzie Pogoń zremisowała z Wisłą Kraków. Pierwsza połowa była lepsza, ciekawsza, bardziej emocjonująca od drugiej.
Wynik otworzyła strata Igbekeme, a pierwsza akcja Pogoni, gdzie odbierający futbolówkę Wojciechowski chwilę później też pięknie zagrywa do Juwary, a ten przełożył i uderzył płasko obok Łubika. Ten sam Juwara był pechowcem, gdy uderzał po rykoszecie Bożić. Walqvist odnalazł się pod bramką Wisły, a Youan zachował spokój pod tą Pogoni. Trudno powiedzieć, kto był lepszy, ale bliżej zwycięstwa była chyba "Biała Gwiazda" - na koniec Bożić znów uderzył groźnie, tym razem w słupek. 17 bramek padło już w meczach z udziałem Wisły Kraków. Jeśli ktoś ma wracać do Ekstraklasy, niech to będą równie widowiskowe powroty jak ten piłkarzy z Grodu Kraka!

