Chicago Fire w ostatnim czasie nie ma dobrej passy. Drużyna Lewandowskiego musiała otrząsnąć się po niepowodzeniu w Leagues Cup i porażce 1:2 z Monterrey w ćwierćfinale tych rozgrywek. Ta przegrana zakończyła serię siedmiu kolejnych spotkań Chicago bez porażki (we wszystkich rozgrywkach). Wyjazdowy mecz ze Seattle Sounders w ramach MLS też zaczął się dla Chicago fatalnie. Pół połowy bez sytuacji, Polak machał rękami Ekipa Seattle, która zajmuje miejsce w dolnej części tabeli Konferencji Zachodniej, postawiła gościom trudne warunki. Od pierwszych minut ruszyła do zdecydowanych ataków. Chicago mogło przegrywać już w 3. minucie, po strzale z dystansu Aleksandra Roldana.
Przegrywało niedługo później - w 12. minucie Dejan Jovelić wykończył dobrą akcję prawą stroną. Stojąc na środku pola karnego przyłożył nogę do posłanej po ziemi piłki i pokonał Chrisa Brady'ego z kilku metrów. Chwilę po tym golu to Polak dostał od kolegów piłkę w środku pola. Był cofnięty, nastawiając się na rozegranie. Chciał posłać długą piłkę na lewą stronie. Pomysł był dobry, ale ładne podanie z najwyższym trudem strącił głową ostatni obrońca gospodarzy. Z akcji nic nie wyszło. Chicago grało w środku pola i w ofensywie fatalnie.
Przez pierwsze 23 minuty, nawet po przejęciach i przy niezłym procencie posiadania piłki piłkarze Fire nie stworzyli żadnej okazji, nie oddali strzału na bramkę, w tym czasie nie byli nawet z piłką w polu karnym gospodarzy. Ten pierwszy strzał dla Chicago oddał Philip Zinckernagel. Pędząc lewą stroną nie zdecydował się podawać do Lewandowskiego. Polak tylko się skrzywił, choć uderzenie było celne i mocne, ale w środek bramki. Drugi strzał dla Chicago oddał zza pola karnego Dje d'Avilla. W 37. minucie najlepszą sytuację dla Fire miał Maren Haile-Selassie, ale też nie szukał Polaka. Zagrał na przedpole, gdzie z pierwszej piłki huknął Zinckernagel i trafił w poprzeczkę. "Lewy" znów machnął ręką.
Najpierw asysta, potem magiczna główka Haile-Selassie wpisał się na listę strzelców po akcji z "Lewym". Polak dostał wysoką piłkę stojąc tyłem w polu karnym. Zastawił się i szybko zgrał do Szwajcara - Chicago wyrównało. Robert Lewandowski próbował strzelać kilka minut później. Przejął piłkę w polu karnym, zwiódł jednego obrońcę, ale zaraz pojawił się drugi i jego strzał został zablokowany. Chicago zagrało słabą pierwszą połowę z dobrymi dziesięcioma minutami, w których podreperowało swoje statystyki. Starczyło na 1:1. Po zmianie stron gracze Chicago stanęli w kółku na boisku. Kilka motywacyjnych słów wygłosił m.in. Lewandowski. Jednak drugą połowę piłkarze Fire zaczęli tak samo jak pierwszą - źle i od straty gola.
Po jednej z akcji gospodarzy piłkę przed polem karnym dostał Jovelić. Huknął pod poprzeczkę i było 2:1. Lewandowski rzadko dostawał piłkę. Gdy w końcu ją otrzymał przed polem karym, zajął się zapasami z atakującym go rywalem. Obaj, trzymając się, usiedli na murawie. Gdy sędzia gwizdnął przewinienie Polaka, ten machnął ręką, ocierając twarz rywala. Szybko przeprosił. W jednej z nielicznych szybkich kontrataków, Lewandowski sprytnie przeskoczył nad kierowaną do niego piłką, by tą bliżej bramki dostał wprowadzony na boisko Puso Dithejane. Gdy 22-letni gracz z RPA zdecydował się na sygnalizowany strzał, Polak wymownie pokazał mu, że liczył na zwrot piłki na 10 metr.
Innym razem nasz snajper, otoczony przez trzech rywali, znów tyłem do bramki, odgrywał Jonnathanowi Bambie. Ten strzelił mocno, minimalnie niecelnie. Chociaż trener Gregg Berhalter zrobił w drugiej połowie trzy zmiany, Polaka zdecydował się trzymać na boisku do końca. Miał nosa. Choć gościom niewiele wychodziło, w 82. minucie "Lewy" dostał mocne i na pierwszy rzut oka "przeciągnięte" dośrodkowanie od Dithejane. Kąt był ostry, bramka blisko, wydawało się, że trudno będzie choćby o celny strzał. Mimo to Polak dość ekwilibrystycznie uderzył głową. Zmieścił piłkę między słupkiem i poprzeczką. Bramkarz gospodarzy wyglądał na zdziwionego. To był piąty gol Polaka dla Chicago. Gol, który uratował jego drużynie remis.
"Lewy" kończył mecz z golem, asystą, trzema strzałami na bramkę, ponad połową celnych podań w strefie ataku. To wszystko przy 29 kontaktach z piłką. Wystarczyło na lekki uśmiech na twarzy po końcowym gwizdku. Do pełnej radości zabrakło wygranej. Następny mecz Chicago zagrają z Toronto, 6 września, o 1:30 polskiego czasu.



