Więcej ciekawych historii przeczytasz w serwisie premium Przeglądu Sportowego Onet — Los oddał nam za ostatni mecz z Wisłą Kraków (1:1), ale nie w formie szczęścia. Wtedy popełniliśmy grzech zaniechania w doliczonym czasie, a dziś graliśmy do końca — podsumował trener Korony Jacek Zieliński. Jego zespół na zwycięstwo we Wrocławiu czekał od października 2015 roku (1:0 za czasów Marcina Brosza), a przy okazji poprzedniej wizyty w sezonie 2024/25 sam stracił bramkę na 1:1 w ostatnich sekundach. Bohaterem meczu został, krytykowany przez dużą część swojego pobytu w Kielcach, rezerwowy Simon Gustafson, jednak na wielkie pochwały za efektowną akcję na wagę asysty zasługuje również Kamil Jakubczyk.
Pierwsza domowa porażka Śląska po awansie — Gustafson to wysokiej klasy zawodnik, chociaż hejt na niego był straszny. Nieraz dziwiłem się nawet dlaczego aż taki. Do momentu kontuzji był naszym najlepszym środkowym pomocnikiem. Dziś dał świetną zmianę i wyglądał bardzo dobrze — oceniał szkoleniowiec Korony. 31-letni Szwed trafił do PKO BP Ekstraklasy przed rozpoczęciem poprzedniej rundy, jednak aż do soboty musiał czekać na pierwszą liczbę, która zapewniła jego drużynie niezwykle cenny komplet punktów. Polecamy również: Piotr Samiec-Talar i jego ludzie.
Śląsk chce odzyskać środek pola Korona nie tylko zdobyła twierdzę Śląska, który ostatni raz w meczu o punkty przegrał w listopadzie ubiegłego roku (2:3 z Polonią Bytom w I lidze), ale i potwierdziła, że dobrze w tym sezonie czuje się na wyjazdach. We Wrocławiu triumfowała na obcym stadionie już po raz czwarty z rzędu we wszystkich rozgrywkach — wcześniej tej sztuki dokonała w Łodzi (2:1 w lidze i 1:0 w Pucharze Polski), a także w Płocku (2:0). Decydującej bramki dla gości we Wrocławiu nie byłoby jednak, gdyby nie odważna, nieszablonowa akcja Kamila Jakubczyka w stylu, który w poprzednim sezonie doskonale poznaliśmy już w Arce Gdynia.
Korona zasłużenie wygrała we Wrocławiu — To zawodnik, który ma rzadko oglądaną lekkość w wyjściu z piłką ze środka pola. Różne myśli o zmianie chodziły nam już po głowie, ale na szczęście wytrzymaliśmy ciśnienie — opisywał doświadczony trener złocisto-krwistych. Korona długimi fragmentami zupełnie zdominowała beniaminka, który pozbawiony był kontuzjowanego kapitana Piotra Samca-Talara. Kultura gry, cierpliwość, a przede wszystkim większa pewność z piłką były zdecydowanie po stronie przyjezdnych, dla których kolejna strata punktów w doliczonym czasie byłaby bardzo bolesnym i niezasłużonym potknięciem. — Po golu na 1:1 była złość, bo w prostej sytuacji, po wrzucie z autu, daliśmy się objechać.
W piłce nie ma jednak czasu na rozpamiętywanie i fajnie, że potrafiliśmy jeszcze pójść po swoje — zakończył trener Zieliński. Prowadzona przez niego Korona, po solidnych letnich wzmocnieniach, ma w tym sezonie wykonać znaczący krok w stronę zadomowienia się w czołówce tabeli i pokazuje, że ma do tego potencjał. Kolejne poważne sprawdziany są już jednak bardzo blisko, bo Korona w ostatnim tygodniu przed reprezentacyjną przerwą rozegra jeszcze spotkania — we wtorek podejmie Górnika Zabrze (początek o godz. 20:30) w ramach nadrabiania zaległości z 2. kolejki, z kolei później, także na własnym stadionie, zmierzy się z Rakowem Częstochowa (sobota, godz. 14:45).
Śląsk wygrał tylko raz po awansie Śląsk z kolei przegrał drugi ligowy mecz z rzędu, a w perspektywie ma bardzo trudny wyjazd do Wisły Kraków, gdzie w poprzednim sezonie na zapleczu PKO BP Ekstraklasy poległ aż 0:5. Pierwsze od 10 miesięcy domowe potknięcie z pewnością nie wzmocniło jego pewności siebie przed zaplanowanym już na piątek starciem z innym beniaminkiem. Polecamy również: Śląsk szuka nowego lidera. Nietypowa kontuzja, wielka strata — Konstrukcja wyjściowego składu nie była zła, ale występ w pierwszej połowie już tak. W pierwszej połowie traciliśmy wiele prostych piłek, co nie odpowiadało wymaganiom Ekstraklasy. Brakowało mi też intensywności w pojedynkach, to było na niesamowicie niskim poziomie — kręcił głową trener Ante Šimundža.
Jego zespół wygrał w tym sezonie tylko raz (2:1 z Rakowem Częstochowa w 2. kolejce) i zasłużenie jest coraz bliżej strefy spadkowej. Słoweniec, od rozpoczęcia pracy we Wrocławiu na początku 2025 roku, nie miał jeszcze serii trzech kolejnych ligowych porażek, a całkiem niewykluczone, że właśnie po takich wynikach uda się na długą reprezentacyjną przerwę.