Więcej ciekawych historii przeczytasz w serwisie premium Przeglądu Sportowego Onet PRZEMYSŁAW OSIAK: Ile znaczyło dla pana wywalczenie w Birmingham czwartego w karierze złota mistrzostw Europy po dwóch trudnych latach? GIANMARCO TAMBERI: Wiele. Szczególnie dlatego, że po takim słabym sezonie, jaki miałem w 2025 r., zaczyna się tracić pewność siebie. Jak i nadzieję, że magia jeszcze się nie skończyła. Może niektórzy myśleli, że moja kariera będzie już zmierzać ku końcowi, ponieważ nie jestem już taki młody [w czerwcu skończył 34 lata]. A ja przecież zacząłem marzyć o igrzyskach w Los Angeles, lecz nie dostawałem odpowiedzi, czy za tym wyborem stoją racjonalne przesłanki. Bo może był on podyktowany tylko instynktem?
Nie mając potwierdzenia, że ciało stać na taki wysiłek, wpada się we frustrację. Pracujesz z całych sił, ostro się poświęcasz, a nie widzisz efektu. I zaczynasz się zastanawiać... A więc tak, to złoto znaczyło dla mnie wiele, gdyż potwierdziło, iż mogę harować do igrzysk 2028 r. Przed finałem w Birmingham mówił pan, że brakuje panu jeszcze odwagi. Nigdy nie wątpiłem, że ją mam. Sądzę wręcz, że moją najlepszą sportową cechą jest umiejętność wzniesienia się na wyżyny właśnie wtedy, gdy to się naprawdę liczy. Pokazywałem to mnóstwo razy. I podczas zawodów wierzę w siebie bardzo mocno. Inaczej jest w trakcie treningu. Wtedy zawsze myślę, że muszę nadgonić dystans dzielący mnie od rywali.
Z jakiegoś powodu wydaje mi się, że jestem od nich słabszy i muszę ciężej pracować. W zawodach natomiast czuję się silniejszy. Proszę mnie nawet nie pytać, dlaczego tak jest. Po prostu tak mam. Jeśli zaś chodzi o odwagę w tym przypadku... Kiedy rozstałem się z moim ojcem jako trenerem w 2022 r., wziąłem wszystko w swoje ręce. Owszem, mam ludzi, którzy ze mną pracują, ale to ja podejmuję decyzję w zakresie techniki, ułożenia programu szkoleniowego. W trudnym momencie, w jakim się znajdowałem, podjęcie właściwych decyzji nie było proste. Wkradło się zaniepokojenie, ponieważ wiedziałem, co mam zrobić, aby skakać lepiej. Było tego dużo, ale musiałem wybrać właśnie to, co zadziała. I na tym polega odwaga podjęcia decyzji, a może nawet ryzyko.
Bo do najważniejszych zawodów nie możesz już przystąpić niepewnym. W którymś momencie musisz powiedzieć: "Dobra, skupiam się na tym i na tym". Inaczej nie będziesz gotowy, lecz ciągle niepewny. Nawet Włosi przestali już w pana wierzyć? To nie tak, że nie wierzyli. Widziałem przecież, jak bardzo podziwiali mój wysiłek. Ale nie ma się co dziwić — jeśli przez dłuższy czas wyniki są słabe, to pewnie nawet ja, patrząc na siebie z zewnątrz, zacząłbym wątpić w dobry wynik w mistrzostwach Europy. To normalne. Nie sądzono może, że jestem skończony na zawsze, ale wielu pewnie nie spodziewało się, że będę walczył o złoto. W tym sezonie skakałem słabo, w poprzednim też.
A wszystko zaczęło się od tamtego nieszczęsnego kamienia nerkowego — akurat w trakcie igrzysk w Paryżu. Potem już ani razu nie skakałem tak dobrze jak dawniej. A włoskich kibiców bardzo doceniam. Bo nawet jeśli we mnie wątpili, to wsparcie i tak miałem wspaniałe. Pchali mnie, abym dał z siebie wszystko. Ile w tym prawdy, że ekspresyjnym zachowaniem w finale stłamsił pan swojego głównego tamtego wieczoru rywala — Ołeha Doroszczuka? Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. I nigdy nie próbuję sprawić, by ludzie, którzy mnie dopingują, robili to przeciwko moim rywalom. Przeciwnie — często, gdy osiągam świetny kontakt z widownią, stajemy się niejako jedną drużyną. I wtedy nieraz staram się wręcz przekazać tę energię przeciwnikom.
Wyklaskuję dla nich rytm, do tego samego zachęcam widownię. I sądzę, że jeśli zapytałby pan Doroszczuka lub któregokolwiek ze skoczków wzwyż, to potwierdziliby, że nie jestem przeciwko nim. Po prostu uważam, że takie zachowanie z mojej strony nie byłoby fair. Myślę jednak, że w porównaniu z moimi rywalami jestem w lepszej sytuacji, bo gdziekolwiek startuję, czuję się jak w domu, uzyskując synergię z widzami. Oni zresztą często pamiętają mnie już z występów w tym samym miejscu i traktują jak przyjaciela, którego dawno nie widzieli. Może również dlatego, że jestem emocjonalny. Od razu po mnie widać, że jestem wesoły lub smutny, radosny lub wkurzony. Kibice się wczuwają? Tak. Widzą we mnie człowieka z jego ograniczeniami, a nie robota.
I to sprawia, że staję się im bliski. Dzisiaj większość lekkoatletów — choć w przeszłości było ich jeszcze więcej — zachowuje się właśnie jak roboty. Siadają, wstają, startują, siadają, wstają, startują. To oddala od kibiców, tworzy dystans. Ja jestem inny, dzięki temu na rozbiegu łatwiej mi dać z siebie sto procent. I jasne, może ze względu na moją postawę rywale nie zawsze czują się jak w domu. Ale nie sądzę, że to wpływa na ich wyniki. Pamiętam mistrzostwa Europy 2024 rozgrywane na rzymskim Stadio Olimpico, gdzie na oczach prezydenta Włoch i dziesiątek tysięcy rodaków nagle zaczął pan udawać kontuzję, a potem wyjął z butów sprężyny, które jakoby pomogły w uzyskaniu wyniku 2,34 m i zwyciężeniu w konkursie. Potem skoczył pan jeszcze 2,37.
Myślę, że to były moje najlepsze zawody, chociaż rekord życiowy mam o 2 cm lepszy. W nich cała moja kariera – i wyrażanie siebie w jej trakcie — skupiły się jak w soczewce. Tam było wszystko. Przed zawodami pojawiły się nerwy, a na początku konkursu problemy. Prawie odpadłem na 2,29, dotykając poprzeczkę w trzeciej próbie. A potem wielka zmiana! I ten numer ze sprężynami dla zabawy. Na koniec rekord mistrzostw — 2,37 m. To było coś w rodzaju apoteozy mojej kariery. Mówiłem tu, jak wiele znaczy dla mnie wsparcie kibiców. A może pan sobie wyobrazić, jak to jest, gdy wśród tych ludzi są przyjaciele, rodzina? Mówię więc o tamtym konkursie, że były to "TE ZAWODY".
W sporcie wygrał pan wszystko: igrzyska, mistrzostwa świata i Europy — na stadionie, jak i w hali. A jakim rodzajem spełnienia jest dla pana wychowywanie rocznej córeczki? Szczęścia, które daje mi Camilla każdego, ale to każdego dnia nie da się porównać z czymkolwiek innym. Weźmy igrzyska w Tokio, najważniejszą wygraną w mojej karierze. Oczywiście, byłem niezwykle szczęśliwy, ale nie mogę tej radości zachować na zawsze. Gdy zamykam oczy, nieraz odtwarzam w głowie te pierwsze dziesięć minut po uświadomieniu sobie, że jestem mistrzem olimpijskim. To była prawdopodobnie najmocniejsza chwila mojego życia, czułem się jakby poza swoim ciałem. Ale potem, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku zaczynasz się od tych emocji coraz bardziej oddalać.
Pewnie, można do tego wrócić i znów poczuć gęsią skórkę. Najlepiej założyć słuchawki w ciemnym pokoju, włączyć film. Jednak teraz, kiedy po treningu wracam do domu i patrzę, jak Camilla się uśmiecha, jak jest szczęśliwa, gdy mnie widzi... Te uczucia są nawet większe. I tak jest każdego dnia. Żona i córka dopingowały pana w Birmingham. I właśnie w dniu konkursu Camilla obchodziła pierwsze urodziny. Z tego powodu jeszcze bardziej chciałem odwrócić kiepską tendencję z wcześniejszej części sezonu. I zdobyć złoty medal jako prezent dla córki. Był pan obok żony podczas porodu? Tak. Kocham moją żonę, jesteśmy razem od 17 lat. I wiem, jak ważna była dla niej moja obecność. Mocno się wspieramy, a Chiara zawsze obawiała się porodu, jak wiele kobiet.
To był środek sezonu, a ja rezygnowałem z kolejnych mityngów. 16 sierpnia wypadały natomiast zawody Diamentowej Ligi w Chorzowie. Zaznaczyłem, że jeśli córka urodzi się wcześniej, to dotrzymam słowa i przylecę. Jeśli nie — będzie trzeba mnie zrozumieć, że w tym wspaniałym momencie chcę być obok Chiary. Camilla urodziła się 14 sierpnia. Przespałem się w szpitalu i następnego dnia zaczęliśmy szukać lotów. Nie dało się znaleźć nic odpowiedniego, więc na 16 sierpnia rano zarezerwowałem prywatny lot, aby zaraz po konkursie wrócić do żony i córki. To było szalone, ale cieszyłem się, że tak zrobiłem. Nawet jeśli skoczył pan w tamtym konkursie tylko... 2,14 m? Nawet. Oczywiście, byłem wtedy totalnie "martwy".
Przecież system nerwowy nie wyrabiał, wciąż targały mną ogromne emocje. Nadal martwiłem się o żonę i maleństwo, które w chwili porodu ważyło tylko 2,7 kg. Szaleństwo. Ale zdecydowałem się przylecieć dwie godziny przed zawodami. Nie byłem w stanie rywalizować, ale chociaż spróbowałem. I cieszę się, że podczas ciąży nic mnie nie ominęło. Poza tym kocham "Silesię", to jedne z moich ulubionych zawodów. Lubię ten stadion, nawierzchnię, tłum kibiców. Dałem też słowo organizatorowi zawodów, z którym mam bardzo dobrą relację. I to było ważne z punktu widzenia wzajemnego zaufania. A jakim ojcem chce pan być dla córki? Chciałbym być zawsze obecnym, czułym ojcem. Niezbyt surowym. Jasne, jako sportowiec rozwijałem się dzięki jasno określonym regułom.
I chciałbym, żeby córka również je znała. Na pewno nie powiem jej, że może robić, co chce. Ale chciałbym przekazywać jej to z miłością. Nie wiem, jak trudne okaże się to zadanie, lecz spróbuję wskazać jej właściwą ścieżkę. Nie z oschłością, surowością, ale z miłością. Pochodzi pan z regionu Marche, znanego choćby z malowniczych, nadadriatyckich plaż Riviera del Conero. A jaką miejscową perełkę, niekoniecznie najbardziej znaną, sam poleciłby pan polskim turystom? Jeśli jesteś w Rzymie, nie możesz nie zobaczyć Colosseum. W Marche nie ma czegoś takiego. Bierzesz auto lub skuter, jedziesz, gdzie chcesz i nagle, nawet jeśli wcale się tego nie spodziewasz, zobaczysz coś, co cię zachwyci i okaże się wspaniałym miejscem do spędzenia czasu.
Mamy naturę, góry, morze, świetne jedzenie. Tu żyje się zupełnie innym rytmem niż w Rzymie czy Mediolanie. Jest cicho, można się tym nacieszyć, zrelaksować się. I choć sam stamtąd pochodzę, to gdy myślę o wakacjach, szukam właśnie czegoś takiego. Miejsca, w którym mogę poczuć, że mam wszystko, a jednocześnie jest tam cicho i przyjemnie. A jak to jest z goleniem przez pana brody tylko po jednej stronie? Pierwszy raz zrobiłem to jako młody chłopak. Dla zabawy. Ale w tamtym konkursie poprawiłem rekord życiowy z 2,14 na 2,25! Postanowiłem więc, że zrobię to ponownie i znów skoczyłem 2,25, zdobywając swój pierwszy medal mistrzostw Europy juniorów. A więc w pierwszych dwóch, trzech latach kariery traktowałem to trochę jak przesąd.
I myślałem nawet, że jeśli znów nie ogolę połowy brody, to nie zaprezentuję się dobrze. Stałem się więc poniekąd niewolnikiem tego zwyczaju — robiłem to, choć może czasami wcale nie chciałem. I wreszcie, początek 2021 r. Nie skakałem dobrze, a zbliżały się igrzyska w Tokio. Czułem, że daleko mi do formy, która pozwoli mi spełnić marzenia. Wtedy pozbyłem się wszystkich przesądów — bo oprócz golenia brody podczas zawodów piłem też na przykład konkretny rodzaj napoju energetycznego. Powiedziałem sobie, że muszę coś zmienić i po prostu przestałem to robić. A podczas igrzysk, które wygrałem, wcale nie miałem brody ogolonej w połowie. Dzisiaj, jeśli tak robię, to nie dlatego, że ludzie ode mnie tego oczekują.
Rezerwuję ją na wyjątkowe okazje — gdy sam chcę dodać sobie motywacji, pokazać coś ekstra, dać z siebie tysiąc procent. To taka mentalna kotwica, której nie chcę stosować zbyt często, żeby jej nie zużyć. Jak długo jeszcze rekordem świata pozostanie 2,45 m Javiera Sotomayora z 1993 r.? Nieco ponad dekadę temu bliscy tamtego rezultatu byli Mutaz Essa Barshim (2,43) i Bohdan Bondarenko (2,42), zaś pan skoczył w 2016 r. 2,39. Mutaz to mój wielki przyjaciel i zawsze powtarzam, że właśnie jego uważam za najlepszego skoczka wzwyż w historii. Mnóstwo razy uzyskał wynik 2,40 m bądź lepszy, poza tym trzy razy wygrał mistrzostwa świata, raz igrzyska, ma też na koncie dwa olimpijskie srebra i brąz. To niesamowita kariera, nikt mu nie dorównuje.
Nie widzę też powodu, żeby kogoś, kto skoczył dwa centymetry wyżej niż Mutaz nazywać silniejszym od niego. Uważam, że gdyby nie kontuzja, pobiłby ten rekord. Skok wzwyż to bardzo niebezpieczna konkurencja. Dotychczas nikt nie wygrał igrzysk olimpijskich dwa razy – jesteśmy bodaj jedyną taką konkurencją w lekkiej atletyce. Większość z nas rywalizuje na najwyższym poziomie przez dwa, trzy lata. Na przykład Bondarenko — najlepszy był w latach 2013-14, niedługo potem już zaczęły się problemy. Taka długowieczność jak u Mutaza to rzadkość. A zatem na rekord świata na razie się nie zanosi? Tak, nie wiemy, kiedy go ktoś pobije. Poza tym rekord, o którym mówimy, został ustanowiony, powiedzmy, w innej epoce sportu.
Czy technologia, mam na myśli szczególnie obuwie, nie pomaga skoczkom wzwyż tak bardzo jak biegaczom? My w zasadzie z tej nowej technologii nie korzystamy. Dla nas, biegających po łuku, płytka karbonowa w butach nie jest czymś, co może pomóc podczas odbicia — właśnie ze względu na rotację na rozbiegu. Nikt więc w takim obuwiu nie skacze. Moje buty wiele nie zmieniły się od tych, w których startowałem 15 lat temu. Jakaś różnica jest, ale niewielka. A może to właśnie pan w Los Angeles zostanie pierwszym podwójnym mistrzem olimpijskim w skoku wzwyż? Chyba za wcześnie, aby to zapowiadać. I nie będzie to takie proste. Wręcz przeciwnie — będzie to bardzo, bardzo trudne. Już teraz czuję się szczęściarzem, że mam szansę spróbować wygrać igrzyska ponownie.
W Paryżu byłem bardzo bliski urzeczywistnienia tego marzenia, przybyłem tam jako lider światowej listy, uważano mnie za faworyta. Naprawdę trudno było mi zaakceptować to, co się tam wydarzyło. Pracowałem bardzo ciężko. A przebywania w szpitalu dwie godziny przed olimpijskim finałem nie mogłem się spodziewać... Stoję więc przed kolejną szansą, mam to szczęście. To okazja, żeby uczynić coś naprawdę wielkiego i nie poddam się do ostatniego dnia. Dam z siebie wszystko, aby mogło się to spełnić.